Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty
Zdradziłam Annabelle!

Zdradziłam Annabelle!

Dawno dawno temu, kiedy szukałam swojego sposobu na idealna cerę z mała pomocą znajomych odkryłam podkłady mineralne. Z moja słabością do polskich marek skusilam się na podkład mineralny z rodzimej firmy Annabelle. Zdecydowanie była to miłość od pierwszego wejrzenia, a ich produkty starczyły mi na bardzo długo. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy.




Ten koniec oznaczał jedno- muszę znaleźć alternatywę, która będzie dostępna bez problemu poza granicami kraju. I tutaj skusilam się na firmę Lily Lolo, która ze wspominana wcześniej Annabelle przegrywała tylko dlatego, ze nie była Polska ;)
Na początku zamówiłam zestaw próbek zawierający trzy zbliżone odcienie (jednak tonacja była rożna) i w ten sposób udało mi się trafić na kolor, który mógłby być moja druga skóra. Tak wiec to, co najgorsze miałam już odhaczone. Same próbki starczyły na dosyć długi czas, wiec takie testery są opłacalne- w przypadku obu firm. Przy produkcie pełnowymiarowy, skusilam się na kolor In the Buff. Jest idealny. Na wakacyjna wersje mojej cery musnietej słońcem zostaje jednak przy Sunny fair od Annabelle. Druga rzeczą która znalazła się w mojej kosmetyczce to korektor. Nie wiem jak do tej pory mogłam obejść się bez tego kosmetyku, który bardzo szybko poszybował w gore mojej listy kosmetycznych must have. Jedna warstwa sprawia, ze znikają wszystkie zaczerwienienia na skórze, wiec jeśli macie z tym problem to śmiało możecie dać szanse korektorowi Lily Lolo.

Chciałabym Wam napisać tez o sprawie dosyć istotnej. Zamknięciu. Tutaj niestety "dobre, bo polskie" się nie sprawdza. Przynajmniej jest tak w moim przypadku. Zamknięcie słoiczków Lily Lolo zdecydowanie wygrywa pod względem wysypywania. Jest tez wygodniejszy i mam wrażenie, ze ma mniejsze szanse na wpadkę w torebce.





Ale wracając do podkładu. Krycie jest idealne, już po jednej warstwie. Oczywiście o ile nie mamy zbyt wiele do ukrycia. Po wtopieniu wyglada naprawdę naturalnie i nadają cerze zdrowy wygląd. Wiele osób z którymi rozmawiałam o kosmetykach było zaskoczonych, ze w ogóle mam na sobie makijaż, a to już najlepsza rekomendacja. Dodając do tego, ze podkłady mineralne są zdrowe dla skory i maja niewiele wspólnego z zapychaniem, a przez swój skład stają się wręcz pomocne w leczeniu, mamy kolorowy kosmetyk idealny.



Czasem zdarza mi się zatęsknić za podkładem w płynie. Skusilam się nawet na BB z Lily Lolo. Jednak to nie to samo ;) Przy okazji tych zakupów dostałam próbki kremów na dzień i na noc. Być może uda się połączyć krem z minerałem, tworząc "mokry" podkład. W przypadku sylveco i Annabelle się udało :)

 Znacie kosmetyki mineralne? Korzystacie? Jakie macie o nich zdanie?
Jak zostałam fanką peelingów enzymatycznych?

Jak zostałam fanką peelingów enzymatycznych?

Dziś chciałabym napisać Wam o jednym z moich pielęgnacyjnych ulubieńców.
Zacznę od tego, że od wielu lat uczę się jak dbać o moją cerę. Kiedyś błędnie myślałam, że jestem posiadaczką skóry tłustej i starałam się ją na wszelkie sposoby wysuszać. Uważałam, że to też będzie najlepszą formą walki z dokuczającym mi trądzikiem. Kilka lat temu na szczęście wpadłam na to, że dobry krem nawilżający nie zapcha porów i nie spowoduje nowego wysypu. I to był ważny moment, bo od tamtej pory ciągle znajduje nowy element pielęgnacji idealny dla mnie. Zmywanie makijażu olejkami, używanie półproduktów, mineralny podkład...A teraz to zestawu doszedł peeling enzymatyczny. I to jemu chciałabym poświęcić ten wpis.

Jestem fanką zdzieraków. Nie tak dawno wychwalałam tutaj korund kosmetyczny. Jednak człowiek uczy się całe życie, a do tego najłatwiej mu to przychodzi ucząc się na własnych błędach.
Tak więc po kolejnym peelingu mechanicznym zaczęłam zastanawiać się jak to się dzieje, że zawsze po nim pojawia się jakaś niespodzianka. Doszłam do wniosków, że moja cera jest po prostu zbyt wrażliwa i nie darzy korundu/peelingów mechanicznych taką sama sympatią jak ja. Zaczęłam szukać alternatywy. Kiedyś miałam już styczność z peelingiem enzymatycznym, jednak wolałam ten ostrzejszy, być może dlatego że czułam dokładnie co robi z moją twarzą. Tym razem do tematu podeszłam inaczej. Po analizie dostępnych interesujących mnie kosmetyków zdecydowałam się na moją ulubioną polską firmę.


Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy.

Zacznę może od tego, co mnie do niego przyciągnęło. Skład. Absolutnie nie straszą mnie już rzeczy, które mogą potencjalnie zapychać (papaina, czy mocznik. który mimo właściwości zapychających działa cuda w nawilżaniu), a plusów jest więcej niż minusów. Po pierwszym użyciu moja skóra była promienna, na prawdę wyglądała zdrowo. a wszelkie zaczerwienienia gdzie zniknęły. Rozprowadzanie łatwe, a masaż przyjemny. Te kilka minut niestety psuł tylko zapach, jednak po kilku użyciach stał się dla mnie neutralny.
Najważniejsze jednak jest to, że po peelingu nie dorobiłam się żadnych nowych niespodzianek, a o to właśnie chodziło.




Peeling ważny jest tylko pół roku, a że jest bardzo wydajny, to najlepiej korzystać w duecie. Konsystencja masełka może odstraszać, ale na skórze i w kontakcie z wodą zachowuje się bardzo ok i rzeczywiście przyjemnie się z niego korzysta. Cena 25 zł też działa na plus tego produktu.

Więc jeśli ktokolwiek z Was potrzebuje porządnego oczyszczenia, ale w jak najdelikatniejszy sposób to szczerze polecam i zachęcam do zakupu. Na prawdę warto!


Znacie ten peeling marki Sylveco? Wolicie peelingi enzymatyczne, czy mechaniczne? Jacy są Wasi ulubieńcy w tej kategorii?


Big Beautiful Eyes od Benefit - niezbędnik dla opornych

Big Beautiful Eyes od Benefit - niezbędnik dla opornych

Jeśli miałabym wskazać jeden z ulubionych kosmetyków to na pewno byłaby to paletka do makijażu oczu z benefit. Dlaczego? Bo w tym niewielkim pudełeczku mieści się wszystko, co potrzebne mi do tego, aby wykonać makijaż oka. Bez specjalnych ku temu umiejętnościom, należałoby dodać :)




Od bardzo dawna mam słabość do brązów. I wydawałoby się, że te kolory odpowiednie są dla każdego, więc nietrudno znaleźć firmę kosmetyczną, które mają je w swojej ofercie. Jednak to benefit przykuł moją uwagę właśnie tym, że oferował coś więcej. Oprócz cienia do powiek w idealnym odcieniu kakao w paletce znajduje się eyeliner, baza i korektor. Wszystkie cztery kosmetyki stanowią zgraną drużynę. 
Korektor w odcieniu średnim idealnie nadaje się do zatuszowania cieni pod oczami. Jego kolor jest na tyle neutralny, że przypasuje niemal do każdej karnacji, A swoją robotę wykonuje na prawdę dobrze. Baza pod cienie- delikatny alabastrowy róż lekko rozświetli oko i będzie stanowiło idealny podkład dla wspomnianego kakaowego, konturującego cienia. 
I na koniec mój hit- eyeliner w pudrze. Nakładanie tego kosmetyku za pomocą pędzelka to najlepsza rzecz na świecie- moim zdaniem. Eyeliner w każdej innej formie zdecydowanie utrudnia mi stworzenie idealnej kreski, tu tego problemu nie mam. Jeśli coś pójdzie nie tak, delikatne roztarcie linii ratuje mnie od zmywania i rozpoczynania zabawy na nowo. 

Sam wygląd jest minimalistyczny, co mnie bardzo cieszy. W niewielkim pudełeczku oprócz wspomnianych kosmetyków znajduje się lusterko, co jest dodatkowym plusem, szczególnie w podróży. Oprócz tego dwa niezbędne pędzelki, które pomogą w wykonaniu naszego makijażu oczu.
Jedyny minus to cena, bo 150 zł stanowi dla wielu barierę, szczególnie, że w tej kwocie można kupić wiele bogatszych kolorystycznie paletek. Jednak jeśli ktoś potrzebuje sprawdzonego kosmetyku na co dzień, a z makijażem nie ma aż tak wiele wspólnego to taka inwestycja może się opłacić :) Dorzucamy podkład i tusz do pełnego make-up'u, a nasza kosmetyczka nie pęka w szwach.


Znacie ten kosmetyk? A może macie tańszą alternatywę paletki-wszystko-w-jednym?


My Super Hero - Mydło Aleppo

My Super Hero - Mydło Aleppo


Urlop urlopem, ale kiedyś trzeba wrócić.
Podczas pobytu w Polsce zaopatrzyłam się oczywiście w kilka ulubionych kosmetyków rodzimych marek. Prym jak zwykle wiedzie Sylveco. Ale zanim przyjdę do Was z moim nowym hitem od nich, to chciałabym krótko przedstawić mojego ulubieńca z którym od kilku lat się nie rozstaję.

Dawno temu nie przykładałam wielkiej wagi do mydeł. Ot, kosmetyczny must have domu do mycia rąk. Wszystko się zmieniło, kiedy zostałam przekonana do zakupu mydła Aleppo. Szukałam ratunku dla mojej problematycznej cery, więc chwytałam się wszystkiego co możliwe. I tym razem trafiłam bezbłędnie.




W swojej przygodzie z Aleppo miałam okazję wypróbować mydła o stężeniu 10%, 20% i 40%. Zatrzymałam się na tej środkowej wartości, ponieważ z mydła korzystam nie tylko ja, ale cała moja rodzina.
Pierwszym zamówionym przeze mnie mydłem było to o stężeniu 40%. Wyczytałam, ze to idealna wartość dla skóry z problemami. I faktycznie sprawdziło się świetnie. Zdecydowanie pomogło w mojej walce o zdrową, piękną cerę. W pewnym momencie moje problemy zaczęły znikać. Nie twierdzę, że to tylko pomoc mydła, bo równocześnie stosowałam również inne pomocne w tej walce kosmetyki. Ale na pewno Aleppo miało swój duży wkład.
Po tym sukcesie postanowiłam wypróbować mydło na swojej córce. AZS i do tego rogowacenie. Jednak w tym przypadku wybrałam mniejsze stężenie. I tutaj również ta próba okazała się sukcesem. Aleppo poradziło sobie z problemami skórnymi, a w duecie z porządnym nawilżeniem odniosło oczekiwany skutek.

Niestety 10% okazało się zbyt małym stężeniem, dla mojej skóry, więc postawiłam na 20%. Była to równowaga między tym czego potrzebuje skóra moja i mojej córki. Tutaj do grona zadowolonych użytkowników dołączył mój mąż z problemami przesuszającej się skóry i AZS. Cała trójka w zasadzie z różnymi problemami i ich różnym nasileniem znalazła w tym mydle coś dla siebie. I to powinna być najlepsza rekomendacja.



Podsumowując: jeśli masz problemy z trądzikiem, suchą skórą, albo chcesz wspomóc leczenie przy atopowym zapaleniu skóry, rogowaceniu czy łuszczycy to z powodzeniem możesz stosować to mydło. Jeśli problemów nie masz to i tak nadal polecam Aleppo, tylko w mniejszym stężeniu.
Jeżeli swoją przygodę z mydłem dopiero zaczynasz to lepiej spróbować z mniejszą zawartością oleju laurowego, chociaż ja sama wystartowałam z większym stężeniem i u mnie okazało się to dobrym wyborem.
Zastosowań mydło ma też sporo: codzienna pielęgnacja twarzy i całego ciała, szampon do włosów (najlepiej pozostawić na skórze głowy przez kilka minut), demakijaż i maseczka (zagotować wodę, zestawić, dodać płatki mydła, mieszać do całkowitego rozpuszczenia i przelać do szklanej butelki; im więcej płatków tym konsystencja bardziej gęsta, a co za tym idzie lepiej nadaje się na maseczki), pianka do golenia- uwielbiam go w tej wersji ;-)

Cena zachęca. Ja za swoje płacę ok 30 zł, ale biorąc pod uwagę ilość użytkowników i zastosowań, a także to na ile czasu starcza to świetna oferta.

Znacie to mydło? A może stawiacie na inne mydła w swojej codziennej pielęgnacji?
GlossyBox UK styczeń

GlossyBox UK styczeń

Kilka dni temu w moje ręce wpadła styczniowa wersja brytyjskiego GlosyBox. Byłam bardzo ciekawa co tam znajdę. Wiedziałam jedynie, że znajdę tam coś od The Balm, więc nie spodziewałam się większych cudów. Jak było?




Po otwarciu pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy była maseczka. No tak, ostatnio to niemal glossyboxowy must have. Na jej korzyść przemówiło to, że posiada w składzie miód. A ja ostatnimi czasy do takich kosmetyków mam słabość. Jednak mój zapas maseczek rośnie w zatrważającym tempie, więc mam nadzieje, że w kolejnym pudełku już nic takiego nie znajdę.


Kolejną rzeczą po którą sięgnęłam było myjące mleczko Unani. Ani firma, ani ta forma kosmetyku nie są mi znane- jestem fanką glov, mydła aleppo i żelu effaclar z LRP, więc chętnie sprawdzę na sobie jego działanie. Nie zwróciłam szczególnej uwagi na skład, jedynie aloes na dosyć wysokim miescu wpadł mi w oko. Mleczko spokojnie więc poczeka na swoją kolej, a ja na pewno podzielę się z Wami wrażeniami.


Zapowiadany cień z The Balm troszkę mnie rozczarował. Kolor jaki przypadł mi w udziela to nie do końca moja bajka. Matt Kumar to kolor ciężki dla mnie do zidentyfikowania. Bordo, kolor ceglany? Boję sie efektu podbitego oka. Jednak cień poza kolorem sam w sobie jest na prawdę ciekawy (cała blogosfera się serią zachwyca), więc trochę z nim poeksperymentuję.


Krem nawilżający marki NIP+FAB. Tez nie miałam przyjemności używać kosmetyków tej firmy, jednak ten tutaj mnie zainteresował. Wciąż szukam nawilżającego ideału (wracając za każdym razem do Sylveco). W tym przypadku przemówiło do mnie masło shea w składzie. Jestem jego fanką, zupełnie jak w przypadku miodu. Chętnie sprawdzę na co stać ten krem.


Ostatnią rzeczą były słynne już gumki nie łamiące włosów. Jednak to nie oryginalne, uwielbiane przeze mnie invisibobble, a ich zamienniki marki Hairon. Nie byłabym sobą, gdybym odłożyła testowanie na później. I już teraz, po kilku dniach mogę powiedzieć - bubel. Plastik słaby, rozciągnął się bardzo szybko. Ceny mają bardzo podobne, więc wybór nie jest trudny. Żeby nie było z gumek będę korzystać. Być może skończy się na związywaniu włosów "na cztery" co byłoby całkiem niezłym wynikiem przy dłuższym stosowaniu.


Podsumowując - styczeń wyszedł w Glossy całkiem nieźle. Samo mleczko i krem dają radę. Grudzień, o którym nie wspominałam, też był całkiem niezły. Chyba zaczynam bać się o kosmetyki w lutym.

Czy coś wpadło Wam w oko? A może w Waszych beautyboxach pojawiły się jakieś perełki?
Kosmetyczny must have - KORUND

Kosmetyczny must have - KORUND

Jeśli miałabym wskazać jeden z moich ulubionych kosmetyków z grupy "tanio i dużo" to bez wątpienia byłby to korund kosmetyczny. Kiedy go kupowałam nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego ile można z niego wyciągnąć i ile on sam może dla mnie zrobić.


O korundzie nie wiedziałam wiele. Tlenek aluminium w postaci bardzo drobnych kryształków. Nawet nie wiedziałam, że ten sam w salonach kosmetycznych jest wykorzystywany do mikrodermabrazji. Wzięłam go, ponieważ potrzebowałam kosmetyku do złuszczania, a bałam się wyjść poza bezpieczną strefę, jaką były kosmetyki już przeze mnie posiadane- zwłaszcza, że byłam na finiszu walki o zdrową cerę bez problemów.
Na pierwsze użycie stwierdziłam "co może taka drobnica" ... i zaszalałam. Moja twarz też, serwując mi po tym wygląd poparzonej. Z następnym użyciem byłam mądrzejsza. I co nieco wyedukowałam się w kwestii korundu. Oczywiście na moje własne prywatne potrzeby.


Od początku drobinki stosowałam z ulubionymi olejami (czarnuszka i tamanu to nadal moi ulubieńcy), albo kwasem hialuronowym. Albo tym i tym. Ilości śladowe, bo chociaż wyglądają niepozornie, to dają sobie świetnie radę. Po takim zabiegu na twarz coś tłustego, dobrze nawilżającego jest najlepszym wyborem- ja w tym przypadku wierna jestem kremowi brzozowemu z botuliną z Sylveco. Zalety? Przebarwienie gdzieś znikają, skóra jest bardziej promienna i nawet pierwsze zmarszczki jakby się spłycały ;) Niewielkim kosztem mam to, co mieć chciałam.
Oczywiście warto dodać, że tak jak w przypadku zwykłego peelingu nie przesadzamy z częstotliwością (1-2 razy w tygodniu to max), ani nie męczymy nim skóry, gdzie akurat COŚ się dzieje.

Nie byłabym sobą gdybym nie szukała kolejnych zastosowań. Cellulit i peeling kawą? Przeżytek, korund do tego świetnie się nadaje. Rozstępy też nie są mu straszne. Wystarczy dodać odrobinę do ulubionego żelu pod prysznic i już mamy gotowego pomocnika w walce z niedoskonałościami naszej skóry.
Sama jeszcze czasem dodaję go do szamponu, aby wykonać peeling skóry głowy. Po zabiegu obficie spłukuje włosy i myję już tak jak zawsze. Jeśli cokolwiek zostało z drugim płukaniem znika.


Wspominałam już o zalecia, jaką jest cena prawda? Ja za swój niekończący się 100 g korund zapłaciłam ok 10 zł. To cena zbliżona do cen peelingów z drogerii. Jednak jest jedna różnica - ten starcza na długo, a poza tym dodając do ulubionych, sprawdzonych kosmetyków nie musimy ryzykować nietolerancją objawiającą się na milion sposobów po użyciu nowego kosmetyku.


Macie swoich tanich, uniwersalnych ulubieńców? Podzielcie się, może odkryję coś nowego :)
Drogie vs. tanie - plastry na nos.

Drogie vs. tanie - plastry na nos.

Kilka miesięcy temu na fali koreańskich kosmetyków kupiłam przy okazji innego zamówienia plastry na nos, które miały pomóc w pozbyciu się wągrów. Za jeden plater zapłaciłam 1,7f i z kolejnymi zakupami dałam sobie spokój, bo to jednak trochę sporo jak na jednorazowy zabieg.
I okazuje się, ze całe szczęście, ze odpuściłam, bo kilka dni później w uwielbianym przez niemal wszystkich którzy go znają "funciaku" trafiłam na dużo tańszą alternatywę.


Beauty Formulas Australian, Tea tree- głęboko oczyszczające plastry na nos. 6 sztuk kosztowało mnie całego funta, więc mimo niepochlebnych opinii postanowiłam się skusić. Pierwszy plaster wypróbowałam na mężu ;) Oprócz prawidłowego działania, była też niespodzianka- trochę kleju zostało na nosie i było trzeba z nim walczyć. Poza tym żadnych podrażnień, więc sama też się skusiłam. W moim przypadku było podobnie, nos oczyszczony jednak pozostał klej. W końcu wpadłam co było nie tak - zbyt wiele wody. Kiedy przy następnym zabiegu ograniczyłam jej ilość plaster zszedł bez żadnego problemu z nosa nie pozostawiając absolutnie żadnych śladów, poza tymi na które liczyłam używając go.



Skład plastry mają na prawdę krótki: polyvinyl alcohol (tworzy film na skórze, jest używany właśnie w tego typu maseczkach peel-off, może powodować podrażnienia i być może to on jest powodem słabych ocen), glycerin (tutaj prawdopodobnie jako pomoc w działaniu substancji konserwujących, zapobiega wysychaniu), almond oil PEG-6 esters (półsyntetyk z olejkiem migdałowym, oczyszcza, nawilża, wygładza), hamamelis virginiana (with hazel) extrat (wyciąg z oczaru wirginijskiego), melaleuca alternifolia (tea tree) leaf oil (olejek z drzewa herbacianego), dipotassium glycyrrhizate (pochodna lukrecji, działanie łagodzące, przeciwzapalne, usuwa podrażnienia)
Dla mnie osobiście nie ma tu tragedii, ale opinię pozostawię ekspertom, bo ze mnie żaden fachowiec.

Od strony wizualnej: kartonik i 6 pojedynczo zapakowanych plasterków w nim. walorów estetycznych wybitnych nie posiada, a do uroczego opakowania z korei mu daleko, ale nie o to przecież chodzi. Koszt ok 13 zł widziane w Super Pharm (tak podpowiadał internet)


Lubicie maski typu peel-off? Macie swoich ulubieńców?
GlossyBox UK / LISTOPAD

GlossyBox UK / LISTOPAD

Kilka dni temu dotarł do mnie mój listopadowy GlossyBox. Czy wzbudził on  mój zachwyt?

W tej edycji dotarły do mnie 4 pełnowymiarowe produkty i jedna miniaturka. Oczywiście jak zwykle też znalazłam kupony rabatowe- tym razem była to zniżka do sklepu z sukienkami, oraz zniżka i darmowa wysyłka ze sklepu z gadżetami do domu. Z  tej drugiej najprawdopodobniej skorzystam, ponieważ ciągle jestem na etapie urządzania i w zasadzie teraz zostały mi tylko dodatki, które nadadzą wnętrzu charakteru :)




Ale wracając do pudełka. Czym zostałam tym razem zaskoczona?

1. Pędzel do blendowania cieni. Nie posiadałam, bo i maluję się niezmiernie rzadko. Jednak fajnie go mieć :) Pędzel marki Ruby z która do tej pory się nie spotkałam. Koszt ok 6f, jednak na stornie widnieje tylko cały zestaw za kwotę 25 euro.
Włosie pędzla jest mięciutkie i myślę, że używanie go będzie prawdziwą przyjemnością.


2. Rozjaśniająca, dodająca skórze witalności maska ze złotem. Limitowana świąteczna edycja od firmy 111SKIN. Z moim zamiłowaniem do maseczek myślę, że to najbardziej udany kosmetyk w tym zestawieniu. Maska Gold Brightening kosztuje (nie bagatela!) 20f, więc chyba jest tak jakby ... luksusowa ;) więcej o niej w filmiku pod linkiem.


3. Spray na poduszkę ułatwiający zasypianie. Byłoby fajnie, gdyby nie mały fakt- już od dawna jestem jego fanką, więc używam go regularnie, a jego obecność tutaj nie była żadnym wow. W każdym bądź razie fajnie mieć zapas. Spray pachnie przyjemnie, po spryskaniu nim poduszki unosi się delikatna nutka lawendy - myślę że to coś dla fanek. W duecie występuje z rollerem, który używamy na miejsca ciepłe, pulsujące- stosowanie podobne jak w przypadku perfum. Jednak tej drugiej wersji nie załączono. Tak, czy tak ten produkt mogę polecić już tej chwili. Firma ThisWork, deep sleep pillow spray. Koszt pełnowymiarowego opakowania 16f.


4. Kredka do oczu w kolorze przypominającym różowe złoto. Jak zdążyłam już podpatrzeć jest bardzo miękka, idealna w aplikacji. Niestety ściera się też również bezproblemowo zostawiając po sobie tylko odrobinę brokatu. De Bruyere Beaute, koszt 15 euro.


6. Sztuczne rzęsy. Wyglądają na całkiem przyzwoite, jednak chyba daleko im będzie do naturalnego wyglądu jak zapewnia producent. Są piękne, gęste i długie- ciężko szukać takich  naturze ;) Koszt ok 5f, Kiss, Looks So Natural Lashes.


Podsumowując nie jestem do końca zadowolona w tym miesiącu. Nic z otrzymanych produktów nie jest mi niezbędne, więc tym razem była to strata kasy. Jednak mimo niezadowolenia lubię te comiesięczne niespodzianki, więc chętnie zajrzę do edycji grudniowej - liczę, że w ramach świątecznego prezentu trafię na coś wartego uwagi :)




Znacie coś z tych produktów? Jak Wasze beautyboxy w tym miesiącu?
Candy Tint Balm SLEEK

Candy Tint Balm SLEEK

Lubię wyprzedaże. A ostatnio bardzo lubię też produkty do ust. Więc kiedy w jednym z marketów trafiłam na tint balm od sleek-a postanowiłam od razu go sprawdzić.
Na szczęście wybór był dosyć spory, więc udało mi się zdobyć odcień w którym wiem, że będę się dobrze czuła.




Bardzo lubię produkty do ust zwane tint'ami. Mam kilka w swoich zapasach, ale każdy z nich ma formę półpłynną. Ze sleekiem jest inaczej. Tutaj mamy sztyft jak przy klasycznej szmince. Czarne, zgrabne opakowanie i w środku wysuwany tradycyjnie produkt. Skusiłam się na odcień cherry drop, bo wydał mi się on odpowiedni do stosowania na co dzień. I muszę przyznać, że to był strzał w 10! ponieważ bardzo dobrze się w nim czuje. Nie przeszkadza mi nawet lekki efekt połysku- tinty które posiadam po zaschnięciu matowieją. Myślę nawet, że w produkcie sleeka nazwanie go tintem jest troszkę na wyrost.


Candy tint balm utrzymuje się na ustach przyzwoicie długo. Nie jest to kosmetyk z górnej półki od którego wymagamy współpracy przez długi czas po pomalowaniu, jednak jako błyszczyk-zawsze-pod-ręką radzi sobie świetnie.
Jest tylko jeden minus. O tyle dziwny, że przy pierwszym kontakcie wydaje się plusem. Chodzi mianowicie o zapach. Pachnie pięknie, słodko i przyjemnie. Niestety ta intensywność nie ulatnia się na ustach, a momentami mam wrażenie, ze jest wręcz przeciwnie. Jest to męczące, bo chcąc się chociażby napić czujemy chemiczny, perfumowany posmak w buzi. Niestety to trochę ogranicza mnie w stosowaniu. Z racji tego, ze tint bardzo mi się podoba poszłam na kompromis- używam go przy okazji wyjścia z domu uprzednio porządnie się nawadniając. A przed jakakolwiek konsumpcją dokładnie ścieram go z ust i później na nowo nakładam. Myślę jednak, że przez ten aspekt nasza miłość nie będzie trwała wiecznie i w niedługim czasie zastąpię ten produkt czymś innym.


A Wy znacie tint od sleeka? Czy w ogóle mamy na sali fanki tego typu kosmetyków? :)
Copyright © 2014 what's on your mind? , Blogger