Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki kolorowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki kolorowe. Pokaż wszystkie posty
Zdradziłam Annabelle!

Zdradziłam Annabelle!

Dawno dawno temu, kiedy szukałam swojego sposobu na idealna cerę z mała pomocą znajomych odkryłam podkłady mineralne. Z moja słabością do polskich marek skusilam się na podkład mineralny z rodzimej firmy Annabelle. Zdecydowanie była to miłość od pierwszego wejrzenia, a ich produkty starczyły mi na bardzo długo. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy.




Ten koniec oznaczał jedno- muszę znaleźć alternatywę, która będzie dostępna bez problemu poza granicami kraju. I tutaj skusilam się na firmę Lily Lolo, która ze wspominana wcześniej Annabelle przegrywała tylko dlatego, ze nie była Polska ;)
Na początku zamówiłam zestaw próbek zawierający trzy zbliżone odcienie (jednak tonacja była rożna) i w ten sposób udało mi się trafić na kolor, który mógłby być moja druga skóra. Tak wiec to, co najgorsze miałam już odhaczone. Same próbki starczyły na dosyć długi czas, wiec takie testery są opłacalne- w przypadku obu firm. Przy produkcie pełnowymiarowy, skusilam się na kolor In the Buff. Jest idealny. Na wakacyjna wersje mojej cery musnietej słońcem zostaje jednak przy Sunny fair od Annabelle. Druga rzeczą która znalazła się w mojej kosmetyczce to korektor. Nie wiem jak do tej pory mogłam obejść się bez tego kosmetyku, który bardzo szybko poszybował w gore mojej listy kosmetycznych must have. Jedna warstwa sprawia, ze znikają wszystkie zaczerwienienia na skórze, wiec jeśli macie z tym problem to śmiało możecie dać szanse korektorowi Lily Lolo.

Chciałabym Wam napisać tez o sprawie dosyć istotnej. Zamknięciu. Tutaj niestety "dobre, bo polskie" się nie sprawdza. Przynajmniej jest tak w moim przypadku. Zamknięcie słoiczków Lily Lolo zdecydowanie wygrywa pod względem wysypywania. Jest tez wygodniejszy i mam wrażenie, ze ma mniejsze szanse na wpadkę w torebce.





Ale wracając do podkładu. Krycie jest idealne, już po jednej warstwie. Oczywiście o ile nie mamy zbyt wiele do ukrycia. Po wtopieniu wyglada naprawdę naturalnie i nadają cerze zdrowy wygląd. Wiele osób z którymi rozmawiałam o kosmetykach było zaskoczonych, ze w ogóle mam na sobie makijaż, a to już najlepsza rekomendacja. Dodając do tego, ze podkłady mineralne są zdrowe dla skory i maja niewiele wspólnego z zapychaniem, a przez swój skład stają się wręcz pomocne w leczeniu, mamy kolorowy kosmetyk idealny.



Czasem zdarza mi się zatęsknić za podkładem w płynie. Skusilam się nawet na BB z Lily Lolo. Jednak to nie to samo ;) Przy okazji tych zakupów dostałam próbki kremów na dzień i na noc. Być może uda się połączyć krem z minerałem, tworząc "mokry" podkład. W przypadku sylveco i Annabelle się udało :)

 Znacie kosmetyki mineralne? Korzystacie? Jakie macie o nich zdanie?
Big Beautiful Eyes od Benefit - niezbędnik dla opornych

Big Beautiful Eyes od Benefit - niezbędnik dla opornych

Jeśli miałabym wskazać jeden z ulubionych kosmetyków to na pewno byłaby to paletka do makijażu oczu z benefit. Dlaczego? Bo w tym niewielkim pudełeczku mieści się wszystko, co potrzebne mi do tego, aby wykonać makijaż oka. Bez specjalnych ku temu umiejętnościom, należałoby dodać :)




Od bardzo dawna mam słabość do brązów. I wydawałoby się, że te kolory odpowiednie są dla każdego, więc nietrudno znaleźć firmę kosmetyczną, które mają je w swojej ofercie. Jednak to benefit przykuł moją uwagę właśnie tym, że oferował coś więcej. Oprócz cienia do powiek w idealnym odcieniu kakao w paletce znajduje się eyeliner, baza i korektor. Wszystkie cztery kosmetyki stanowią zgraną drużynę. 
Korektor w odcieniu średnim idealnie nadaje się do zatuszowania cieni pod oczami. Jego kolor jest na tyle neutralny, że przypasuje niemal do każdej karnacji, A swoją robotę wykonuje na prawdę dobrze. Baza pod cienie- delikatny alabastrowy róż lekko rozświetli oko i będzie stanowiło idealny podkład dla wspomnianego kakaowego, konturującego cienia. 
I na koniec mój hit- eyeliner w pudrze. Nakładanie tego kosmetyku za pomocą pędzelka to najlepsza rzecz na świecie- moim zdaniem. Eyeliner w każdej innej formie zdecydowanie utrudnia mi stworzenie idealnej kreski, tu tego problemu nie mam. Jeśli coś pójdzie nie tak, delikatne roztarcie linii ratuje mnie od zmywania i rozpoczynania zabawy na nowo. 

Sam wygląd jest minimalistyczny, co mnie bardzo cieszy. W niewielkim pudełeczku oprócz wspomnianych kosmetyków znajduje się lusterko, co jest dodatkowym plusem, szczególnie w podróży. Oprócz tego dwa niezbędne pędzelki, które pomogą w wykonaniu naszego makijażu oczu.
Jedyny minus to cena, bo 150 zł stanowi dla wielu barierę, szczególnie, że w tej kwocie można kupić wiele bogatszych kolorystycznie paletek. Jednak jeśli ktoś potrzebuje sprawdzonego kosmetyku na co dzień, a z makijażem nie ma aż tak wiele wspólnego to taka inwestycja może się opłacić :) Dorzucamy podkład i tusz do pełnego make-up'u, a nasza kosmetyczka nie pęka w szwach.


Znacie ten kosmetyk? A może macie tańszą alternatywę paletki-wszystko-w-jednym?


GlossyBox UK / LISTOPAD

GlossyBox UK / LISTOPAD

Kilka dni temu dotarł do mnie mój listopadowy GlossyBox. Czy wzbudził on  mój zachwyt?

W tej edycji dotarły do mnie 4 pełnowymiarowe produkty i jedna miniaturka. Oczywiście jak zwykle też znalazłam kupony rabatowe- tym razem była to zniżka do sklepu z sukienkami, oraz zniżka i darmowa wysyłka ze sklepu z gadżetami do domu. Z  tej drugiej najprawdopodobniej skorzystam, ponieważ ciągle jestem na etapie urządzania i w zasadzie teraz zostały mi tylko dodatki, które nadadzą wnętrzu charakteru :)




Ale wracając do pudełka. Czym zostałam tym razem zaskoczona?

1. Pędzel do blendowania cieni. Nie posiadałam, bo i maluję się niezmiernie rzadko. Jednak fajnie go mieć :) Pędzel marki Ruby z która do tej pory się nie spotkałam. Koszt ok 6f, jednak na stornie widnieje tylko cały zestaw za kwotę 25 euro.
Włosie pędzla jest mięciutkie i myślę, że używanie go będzie prawdziwą przyjemnością.


2. Rozjaśniająca, dodająca skórze witalności maska ze złotem. Limitowana świąteczna edycja od firmy 111SKIN. Z moim zamiłowaniem do maseczek myślę, że to najbardziej udany kosmetyk w tym zestawieniu. Maska Gold Brightening kosztuje (nie bagatela!) 20f, więc chyba jest tak jakby ... luksusowa ;) więcej o niej w filmiku pod linkiem.


3. Spray na poduszkę ułatwiający zasypianie. Byłoby fajnie, gdyby nie mały fakt- już od dawna jestem jego fanką, więc używam go regularnie, a jego obecność tutaj nie była żadnym wow. W każdym bądź razie fajnie mieć zapas. Spray pachnie przyjemnie, po spryskaniu nim poduszki unosi się delikatna nutka lawendy - myślę że to coś dla fanek. W duecie występuje z rollerem, który używamy na miejsca ciepłe, pulsujące- stosowanie podobne jak w przypadku perfum. Jednak tej drugiej wersji nie załączono. Tak, czy tak ten produkt mogę polecić już tej chwili. Firma ThisWork, deep sleep pillow spray. Koszt pełnowymiarowego opakowania 16f.


4. Kredka do oczu w kolorze przypominającym różowe złoto. Jak zdążyłam już podpatrzeć jest bardzo miękka, idealna w aplikacji. Niestety ściera się też również bezproblemowo zostawiając po sobie tylko odrobinę brokatu. De Bruyere Beaute, koszt 15 euro.


6. Sztuczne rzęsy. Wyglądają na całkiem przyzwoite, jednak chyba daleko im będzie do naturalnego wyglądu jak zapewnia producent. Są piękne, gęste i długie- ciężko szukać takich  naturze ;) Koszt ok 5f, Kiss, Looks So Natural Lashes.


Podsumowując nie jestem do końca zadowolona w tym miesiącu. Nic z otrzymanych produktów nie jest mi niezbędne, więc tym razem była to strata kasy. Jednak mimo niezadowolenia lubię te comiesięczne niespodzianki, więc chętnie zajrzę do edycji grudniowej - liczę, że w ramach świątecznego prezentu trafię na coś wartego uwagi :)




Znacie coś z tych produktów? Jak Wasze beautyboxy w tym miesiącu?
Candy Tint Balm SLEEK

Candy Tint Balm SLEEK

Lubię wyprzedaże. A ostatnio bardzo lubię też produkty do ust. Więc kiedy w jednym z marketów trafiłam na tint balm od sleek-a postanowiłam od razu go sprawdzić.
Na szczęście wybór był dosyć spory, więc udało mi się zdobyć odcień w którym wiem, że będę się dobrze czuła.




Bardzo lubię produkty do ust zwane tint'ami. Mam kilka w swoich zapasach, ale każdy z nich ma formę półpłynną. Ze sleekiem jest inaczej. Tutaj mamy sztyft jak przy klasycznej szmince. Czarne, zgrabne opakowanie i w środku wysuwany tradycyjnie produkt. Skusiłam się na odcień cherry drop, bo wydał mi się on odpowiedni do stosowania na co dzień. I muszę przyznać, że to był strzał w 10! ponieważ bardzo dobrze się w nim czuje. Nie przeszkadza mi nawet lekki efekt połysku- tinty które posiadam po zaschnięciu matowieją. Myślę nawet, że w produkcie sleeka nazwanie go tintem jest troszkę na wyrost.


Candy tint balm utrzymuje się na ustach przyzwoicie długo. Nie jest to kosmetyk z górnej półki od którego wymagamy współpracy przez długi czas po pomalowaniu, jednak jako błyszczyk-zawsze-pod-ręką radzi sobie świetnie.
Jest tylko jeden minus. O tyle dziwny, że przy pierwszym kontakcie wydaje się plusem. Chodzi mianowicie o zapach. Pachnie pięknie, słodko i przyjemnie. Niestety ta intensywność nie ulatnia się na ustach, a momentami mam wrażenie, ze jest wręcz przeciwnie. Jest to męczące, bo chcąc się chociażby napić czujemy chemiczny, perfumowany posmak w buzi. Niestety to trochę ogranicza mnie w stosowaniu. Z racji tego, ze tint bardzo mi się podoba poszłam na kompromis- używam go przy okazji wyjścia z domu uprzednio porządnie się nawadniając. A przed jakakolwiek konsumpcją dokładnie ścieram go z ust i później na nowo nakładam. Myślę jednak, że przez ten aspekt nasza miłość nie będzie trwała wiecznie i w niedługim czasie zastąpię ten produkt czymś innym.


A Wy znacie tint od sleeka? Czy w ogóle mamy na sali fanki tego typu kosmetyków? :)
Marker do ust. Nowość od GOSH

Marker do ust. Nowość od GOSH

Jakiś czas temu pisałam o rezygnacji z beauty boxów. Jednak beGlossy skusił mnie ponownie i dlatego weszłam w posiadanie jego wrześniowej wersji. Jednym z kosmetyków który przykuł moją uwagę był kosmetyk do ust marki Gosh. Jednak nie była to zwykła pomadka, ani błyszczyk. Po raz pierwszy w swoich rękach miałam marker do ust. Jakie wrażenie na mnie zrobił?


W udziale przypadł mi kolor różowy. Chociaż z wyglądu robi wrażenie intensywnego, to przy bliższym poznaniu okazuje się bardzo delikatny. Dla mnie jest to duży plus, lubię takie subtelne efekty, ale wiem, że dla części z Was może być z tym różnie. 
Kiedy zdjęłam skuwkę przez moment zastanawiałam się JAK tego kosmetyku użyć. Na początku pomyślałam o stosowaniu go jako kredki - konturówki. Jednak jego kolor był na tyle jasny, że w tej opcji po prostu ginął. Został więc zwykłą, matową pomadką. Usta po nim są lekko klejące, ale kolejną zaletą jest trwałość. Bo chociaż kolor nie jest zbyt intensywny to ładnie trzyma się na ustach. 

Występuję w 6 różnych odcieniach. Na pewno chciałabym spróbować jeszcze czegoś mocniejszego, bo jestem ciekawa efektu kolorowania ust flamastrem, kiedy jest to na prawdę widoczne. 
Nie spodziewałam się, że taki kosmetyk może mi się spodobać, jednak warto było dać mu szansę. 
Koszt około 10 euro.




Usta pomalowane dookoła, żeby pokazać porównanie z naturalnym kolorem - widać, ze odcień specjalnie się nie różni od "oryginału"
Przyznam, że trochę dla niego skusiłam się na całe pudełko. 
Ale żeby nie było tak kolorowo trafiłam w opozycji do markera na kosmetyczny bubel jakich mało (przynajmniej w moim odczuciu), ale o nim opowiem Wam innym razem. 

Miałyście kiedyś w swoich rękach marker do ust? Jak się spisał? A może macie innego ulubieńca z kategorii "kolorówka do ust" ?

Magnetyczna paleta od CARGO (swatche)

Magnetyczna paleta od CARGO (swatche)

Pewnego dnia w moim rodzinnym mieście otworzył się bardzo popularny sklep jakim jest Tk Maxx. Na początku odwiedzały go tłumy. Ja po zachwytach też się skusiłam na zakupy w nim, jednak wyszłam z niczym. Kto zna, ten wie, że jest to sklep z serii wszystko i nic. Firmy znane i nieznane, końcówki serii, pojedyncze egzemplarze. No właśnie - przez to wszystko czułam się jak w wielkim bałaganie. Sklep odwiedziłam jeszcze kilkukrotnie, jednak bez większego przekonania.
Po przyjeździe do Anglii również do tutejszego zajrzałam, jednak podeszłam do niego dosyć nieufnie. A tu ku mojemu zaskoczeniu sklep okazał się "inny". Nie pytajcie mnie, nie wiem co miało na to wpływ. W każdym bądź razie Tk stał się moim ulubieńcem i większość rzeczy, które kupuje są właśnie stamtąd.



Zawsze kiedy jestem w Tk Maxxie MUSZĘ zajrzeć na dział z kosmetykami, a moją ulubioną półką są wyprzedaże. Znajduję tam wszystko: kosmetyki naturalne, ekskluzywne, koreańskie, do włosów, do ciała, twarzy, paznokci... Czasem opakowanie jest uszkodzone, brakuje jakiejś części i wtedy zakupy robię za przysłowiowe gorsze. Tak też było tym razem. Od dłuższego czasu poszukuję jakiejś sensownej paletki cieni. Śledzę Wasze wpisy, szukam podpowiedzi. I ciągle nie mogę się zdecydować. A tu podczas ostatnich zakupów niespodzianka - paletka Cargo California Throwback leży i czeka na mnie za całe 2f. Żal było nie brać pomimo jedej wady - braku paletki z błyszczykami. Jednak to dla mnie żadna strata, bo wolę maty. A cienie idealnie w mojej kolorystyce i w stanie nie naruszonym były zbyt kuszące ;) Oprócz tego w "gratisie" dostałam róż i bronzer, które prezentują się też nieźle.








Na początek zacznę od cieni. Mamy tu 4 kolory: Windsor, Mojave, Colombia i Aegean. Każdy z nich ma w sobie to coś, co mnie przyciąga. Gdybym miała skomponować własną paletke wyglądałaby dosyć podobnie.
Cienie są nieźle na pigmentowane i nie ścierają się wcale łatwo. To duży plus, bo makijażu nie trzeba co chwilę poprawiać. We współpracy z odpowiednią bazą długo i intensywnie będą cieszyły nasze oko. Wydaje mi się też, że znajduje się ich tam też dosyć sporo, bo paletka nie należy do najcieńszych.
Róż i bronzer nałożone w odpowiedniej ilości prezentują się bardzo przyzwoicie. Dogadują się z podkładem mineralnym, a dla mnie to duży plus. Z obu jestem na swój sposób zadowolona- róż sprawił, że odpuszczę sobie zakupu na próbę tego kosmetyku z Bourjois, zaś bronzer wpadający w złoto nada się idealnie na większe wyjścia dodając skórze trochę blasku.




Od strony wizualnej paletka prezentuje się świetnie. Retro motyw i magnetyczne zamknięcia, a raczej połączenia dodają jej wiele uroku. Można ją wrzucić do torebki bez obaw, ze otworzy się i rozsypie zostawiając po sobie wielki bałagan. Ten rodzaj zamknięcia chyba stanie się moim ulubionym :)


Znacie kanadyjską markę Cargo? Jakie cienie do powiek są Waszymi ulubieńcami?

Ostatnie dwa dni konkursu. Jeśli chcesz wziąć udział zapraszam TUTAJ

Modelowanie brwi dla opornych. MoreBrows od Model Co.

Modelowanie brwi dla opornych. MoreBrows od Model Co.

Jeśli chodzi o modelowanie brwi byłam kompletna ignorantką. Sama zazwyczaj pomijałam ten element, nigdy nie byłam na regulacji, a o malowaniu w ogóle nie myślałam. Ale nigdy tez nie miałam z brwiami większego problemu.
Jednak pojawiła się taka chwila, gdzie spojrzałam na siebie i stwierdziłam, ze czegoś w moim makijażu brakuje. Wiedząc, ze jestem antytalentem do obrysowania i wypełnienia brwi kredką skusiłam się na żel od Model Co. Sposób użycia jest banalny, w sam raz dla mnie: szczoteczką przeczesuję brwi i voila! staja się zagęszczone i bardziej wyraźne.
W tym produkcie podoba mi się to, że zwykły laik (jak ja) w temacie makijażu musiałby się bardzo postarać, żeby zrobić sobie tym kosmetykiem krzywdę. Żel jest dyskretny, ale widoczny. Czego chcieć więcej?





Konsystencja MoreBrows z założenia jest żelowa, jednak dla mnie to bardziej kremo-żel. Jest lekko klejący, dzięki czemu włoski trzymają się razem w kupie. Świeżo po aplikacji łatwo można wprowadzić zmiany, gdyż produkt da się rozetrzeć, jednak po chwili zastyga i jedyne zmiany możliwe są tylko w asyście kosmetyku do demakijażu.
Bardzo podoba mi się forma aplikacji, o czym już wspominałam. Mała szczoteczka wiele ułatwia i nie potrzeba wielkiej precyzji, żeby sobie z nią radzić.
Produkt jest dosyć wydajny, a więc wart swojej ceny (13f.). Idealny dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem, albo takich, którym brak czasu na co dzień - szczoteczka jest na pewno szybszą opcją od kredki, chociaż nie twierdzę, że lepszą. Na pewno wygodniejszą ;)

MoreBrowns występuje w dwóch wersjach kolorystycznych- posiadanym przeze mnie light to medium i ciemniejszym medium to dark.

A jaki Wy macie stosunek do makijażu brwi? Macie swój sprawdzony kosmetyk, a może pomijacie ten etap?
Piękne spojrzenie z Chanel :-)

Piękne spojrzenie z Chanel :-)



Kilka dni temu dotarła do mnie malutka paczuszka z zamówioną przeze mnie próbką tuszu do rzęs od Chanel. Tusz przeznaczony miał być do wszystkiego - pogrubianie, wydłużanie i podkręcanie.
Jako, że nie jest to kosmetyk pielęgnacyjny i jego efekty widać od razu, postanowiłam Wam go dosyć szybko przedstawić.
Oczywiście najpierw spędziliśmy  razem kilka dni, aby upewnić się, że nie uczuli. I potwierdzam, moje wrażliwe oczy są całe, zdrowe, bez łez i czerwieni.

Chanel jest klasyką samą w sobie. Stąd niemała też cena tego produktu (ok 130zł), ale są takie kosmetyki w które czasem warto zainwestować.

Od  strony technicznej. Chyba najważniejsza w tuszu jest szczoteczka. Ja nie jestem fanką szczoteczek silikonowych, które w pewnym momencie zawładnęły rynkiem. Lubie te w wersji tradycyjnej. I taki właśnie tradycyjny aplikator posiada maskara od Chanel. Na pierwszy rzut oka zachwytu brak, dużo tuszu na szczoteczce nie wygląda zachwycająco. Jednak przykładając się do szczotkowania rzęs to wcale nie jest wadą, wręcz przeciwnie. Cała maskara zostaje na rzęsach dokładnie rozprowadzona, a uzyskany efekt jest na prawdę interesujący. Myślę, że nawet wart swojej ceny, biorąc pod uwagę fakt, że tuszu nie kupujemy co miesiąc.





Podsumowując: Sama nie wiem kiedy zużyję swoje ukochane 2000 kcal, a w kolejce czeka tusz Revlonu. Ale jeśli nie znajdę nic lepszego to zdecydowanie zainwestuję w ten właśnie produkt. Na chwilę obecną moja mama weszła w posiadanie produktu pełnowymiarowego, a to już na prawdę niezła rekomendacja ;-)

A teraz pytanie. Wasz ulubiony tusz do rzęs to ... ?
Velvet Lippie, czyli sposób na idealne usta

Velvet Lippie, czyli sposób na idealne usta

Całkiem niedawno wspominałam o kilku produktach do ust, które dotarły do mnie przy okazji subskrybcji beauty box-ów. Dziś chciałabym bliżej przedstawić jeden z nich, ten który kolorystycznie pasuje mi najmniej, za to w innych kwestiach nie ma sobie równych.


Velvet Lippie od Absolute NewYork jest matująca pomadką, o idealniej delikatnej i przyjemnej konsystencji. W ofercie producenta występuje w 24 odcieniach, wśród których możemy znaleźć prócz tradycyjnych rożów i czerwieni takie kolory jak miętowe mojito, czy złote finally famous. Pomadka ma składzie substancje nadające wyjątkowej miękkości, optycznie wygładzające usta i zwiększające intensywność koloru.



Sama kiedy tylko ją otworzyłam zrobiłam wielkie buu. Kolor calypso, jaki przypadł mi w udziale, był ostatnim kolorem z palety, którym bym wybrała. Ale nie byłabym sobą, gdybym się nim nie maznęła po czym wspaniałomyślnie oddała mamie. Z tym, że od mamy wrócił szybciej niż poszedł, zanim jeszcze zdążyła go użyć. Stwierdziłam, że kolor to nie aż taki problem. No bo jak tu oddać coś, co nakłada się tak przyjemnie, pozostawia usta miękkie i gładkie, a do tego tak obłędnie pachnie? W ten sposób co kilka godzin podchodziłam do swojej toaletki i nakładałam nową warstwę pomadki. Próbowałam różnych opcji, raz zanurzony porządnie aplikator od razu zbliżałam do ust, raz wyciskałam go prawie do końca, żeby zostało jak najmniej koloru. I właśnie ta druga opcja się sprawdziła. Może to sobie wmówiłam, ale ten kolor zaczął na prawdę nieźle na moich ustach wyglądać.



Jest tylko jeden minus nad jakim ubolewam. Firma Absolute NewYork nie prowadzi wysyłki poz granice swojego kraju. Czekam niecierpliwie na chwilę, kiedy będzie to możliwe, bo 6$ za to cudo nie jest wygórowaną ceną. Na pewno nie za pomadkę idealną, która zastąpi każdy produkt tego typu w kosmetycznie. Niepodważalnie jest to i inwestycja i oszczędność ;-)



A czy Wy spotkałyście się kiedyś z marką Absolute NewYork? A może znacie inny produkt, który może być godnym zamiennikiem dla takiego ideału? Czekam na podpowiedzi, może uda się upolować coś, co będzie mniej problematyczne w dostawie.
Dollish CC od Lioele

Dollish CC od Lioele



Jakiś czas temu zostałam wciągnięta w wir fascynacji kosmetykami koreańskimi. Moja toaletka powoli się nimi zapełnia, a ja z radością sprawdzam każdą nowość.
Niedawno dostałam swoją stosunkowo krótko wyczekiwaną przesyłkę z pierwszym w życiu kremem CC. Planowo zamierzałam zaopatrzyć się w Misshę, lub Skin79 jednak staneło na Dollish od Lioele. Skusiły mnie opinie i polecenie od osoby z cerą podobną do mojej, czyli problematyczną. Już od razu mogę powiedzieć - nie zapycha, a moja skóra ma się całkiem nieźle.

Pierwsze wrażenie



Kiedy pierwszy raz wycisnęłam trochę kremu na rękę, byłam w szoku. Jak biała maź z drobinkami niczym z peelingu może zakryć drobne niedoskonałości i przebarwienia? Szybko jednak przekonałam się, że efekty z katalogowych zdjęć wcale nie są zakłamane.

Kremik idealnie się wpasowuje w moją skórę. Pozostawia ja miękką i miłą w dotyku, jednak o większym nawilżeniu raczej mowy nie ma. Niestety, momentami widzę przebłyski różowych tonów, co trochę zmniejsza mój zachwyt. Ratuje mnie w tym puder transparentny Jadwiga (swoją drogą skład jest na prawdę w porządku i szczerze polecam!), Przyznam, ze liczyłam na Dollish jako na filtr przeciwsłoneczny na co dzień i na warunki miejskie (SPF34), Oczekiwałam że nałożę go na twarz nawet w pośpiechu i wyjdę z domu. Miał być też szybką alternatywą dla minerałów. Jednak jest światełko w tunelu, Mam wrażenie, że mniejsza ilość kremu nie nadaje skórze dziwnej różowej poświaty, Jest nadzieja, że w końcu się dotrzemy.



Jak z trwałością? Moim zdaniem jest nieźle. W ekstremalnie wysokich temperaturach nie był sprawdzany, ale zaraz po ćwiczeniach moja twarz nadal nie wyglądała najgorzej. Ciężko mi odpowiedzieć na pytanie, właśnie przez idealne stopienie się kremu ze skórą. Nawet jeśli się ściera, a ja tego nie widzę, to pozostawia po sobie dobre wrażenie ;)

Podsumowując

W 99% koreańskiego ideału będę szukała dalej. Nie żałuję zakupu, ale nie spodziewam się tu długiej przyjaźni. Chyba, że Dollish się zdecyduje i oprócz idealnego koloru nabierze też odpowiedniego odcienia ;)



Czy znacie jakieś warte polecenia koreańskie BB/CC? A może macie swój sposób na opisywany "różowy" przypadek?
Copyright © 2014 what's on your mind? , Blogger