Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Jak zostałam fanką peelingów enzymatycznych?

Jak zostałam fanką peelingów enzymatycznych?

Dziś chciałabym napisać Wam o jednym z moich pielęgnacyjnych ulubieńców.
Zacznę od tego, że od wielu lat uczę się jak dbać o moją cerę. Kiedyś błędnie myślałam, że jestem posiadaczką skóry tłustej i starałam się ją na wszelkie sposoby wysuszać. Uważałam, że to też będzie najlepszą formą walki z dokuczającym mi trądzikiem. Kilka lat temu na szczęście wpadłam na to, że dobry krem nawilżający nie zapcha porów i nie spowoduje nowego wysypu. I to był ważny moment, bo od tamtej pory ciągle znajduje nowy element pielęgnacji idealny dla mnie. Zmywanie makijażu olejkami, używanie półproduktów, mineralny podkład...A teraz to zestawu doszedł peeling enzymatyczny. I to jemu chciałabym poświęcić ten wpis.

Jestem fanką zdzieraków. Nie tak dawno wychwalałam tutaj korund kosmetyczny. Jednak człowiek uczy się całe życie, a do tego najłatwiej mu to przychodzi ucząc się na własnych błędach.
Tak więc po kolejnym peelingu mechanicznym zaczęłam zastanawiać się jak to się dzieje, że zawsze po nim pojawia się jakaś niespodzianka. Doszłam do wniosków, że moja cera jest po prostu zbyt wrażliwa i nie darzy korundu/peelingów mechanicznych taką sama sympatią jak ja. Zaczęłam szukać alternatywy. Kiedyś miałam już styczność z peelingiem enzymatycznym, jednak wolałam ten ostrzejszy, być może dlatego że czułam dokładnie co robi z moją twarzą. Tym razem do tematu podeszłam inaczej. Po analizie dostępnych interesujących mnie kosmetyków zdecydowałam się na moją ulubioną polską firmę.


Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy.

Zacznę może od tego, co mnie do niego przyciągnęło. Skład. Absolutnie nie straszą mnie już rzeczy, które mogą potencjalnie zapychać (papaina, czy mocznik. który mimo właściwości zapychających działa cuda w nawilżaniu), a plusów jest więcej niż minusów. Po pierwszym użyciu moja skóra była promienna, na prawdę wyglądała zdrowo. a wszelkie zaczerwienienia gdzie zniknęły. Rozprowadzanie łatwe, a masaż przyjemny. Te kilka minut niestety psuł tylko zapach, jednak po kilku użyciach stał się dla mnie neutralny.
Najważniejsze jednak jest to, że po peelingu nie dorobiłam się żadnych nowych niespodzianek, a o to właśnie chodziło.




Peeling ważny jest tylko pół roku, a że jest bardzo wydajny, to najlepiej korzystać w duecie. Konsystencja masełka może odstraszać, ale na skórze i w kontakcie z wodą zachowuje się bardzo ok i rzeczywiście przyjemnie się z niego korzysta. Cena 25 zł też działa na plus tego produktu.

Więc jeśli ktokolwiek z Was potrzebuje porządnego oczyszczenia, ale w jak najdelikatniejszy sposób to szczerze polecam i zachęcam do zakupu. Na prawdę warto!


Znacie ten peeling marki Sylveco? Wolicie peelingi enzymatyczne, czy mechaniczne? Jacy są Wasi ulubieńcy w tej kategorii?


My Super Hero - Mydło Aleppo

My Super Hero - Mydło Aleppo


Urlop urlopem, ale kiedyś trzeba wrócić.
Podczas pobytu w Polsce zaopatrzyłam się oczywiście w kilka ulubionych kosmetyków rodzimych marek. Prym jak zwykle wiedzie Sylveco. Ale zanim przyjdę do Was z moim nowym hitem od nich, to chciałabym krótko przedstawić mojego ulubieńca z którym od kilku lat się nie rozstaję.

Dawno temu nie przykładałam wielkiej wagi do mydeł. Ot, kosmetyczny must have domu do mycia rąk. Wszystko się zmieniło, kiedy zostałam przekonana do zakupu mydła Aleppo. Szukałam ratunku dla mojej problematycznej cery, więc chwytałam się wszystkiego co możliwe. I tym razem trafiłam bezbłędnie.




W swojej przygodzie z Aleppo miałam okazję wypróbować mydła o stężeniu 10%, 20% i 40%. Zatrzymałam się na tej środkowej wartości, ponieważ z mydła korzystam nie tylko ja, ale cała moja rodzina.
Pierwszym zamówionym przeze mnie mydłem było to o stężeniu 40%. Wyczytałam, ze to idealna wartość dla skóry z problemami. I faktycznie sprawdziło się świetnie. Zdecydowanie pomogło w mojej walce o zdrową, piękną cerę. W pewnym momencie moje problemy zaczęły znikać. Nie twierdzę, że to tylko pomoc mydła, bo równocześnie stosowałam również inne pomocne w tej walce kosmetyki. Ale na pewno Aleppo miało swój duży wkład.
Po tym sukcesie postanowiłam wypróbować mydło na swojej córce. AZS i do tego rogowacenie. Jednak w tym przypadku wybrałam mniejsze stężenie. I tutaj również ta próba okazała się sukcesem. Aleppo poradziło sobie z problemami skórnymi, a w duecie z porządnym nawilżeniem odniosło oczekiwany skutek.

Niestety 10% okazało się zbyt małym stężeniem, dla mojej skóry, więc postawiłam na 20%. Była to równowaga między tym czego potrzebuje skóra moja i mojej córki. Tutaj do grona zadowolonych użytkowników dołączył mój mąż z problemami przesuszającej się skóry i AZS. Cała trójka w zasadzie z różnymi problemami i ich różnym nasileniem znalazła w tym mydle coś dla siebie. I to powinna być najlepsza rekomendacja.



Podsumowując: jeśli masz problemy z trądzikiem, suchą skórą, albo chcesz wspomóc leczenie przy atopowym zapaleniu skóry, rogowaceniu czy łuszczycy to z powodzeniem możesz stosować to mydło. Jeśli problemów nie masz to i tak nadal polecam Aleppo, tylko w mniejszym stężeniu.
Jeżeli swoją przygodę z mydłem dopiero zaczynasz to lepiej spróbować z mniejszą zawartością oleju laurowego, chociaż ja sama wystartowałam z większym stężeniem i u mnie okazało się to dobrym wyborem.
Zastosowań mydło ma też sporo: codzienna pielęgnacja twarzy i całego ciała, szampon do włosów (najlepiej pozostawić na skórze głowy przez kilka minut), demakijaż i maseczka (zagotować wodę, zestawić, dodać płatki mydła, mieszać do całkowitego rozpuszczenia i przelać do szklanej butelki; im więcej płatków tym konsystencja bardziej gęsta, a co za tym idzie lepiej nadaje się na maseczki), pianka do golenia- uwielbiam go w tej wersji ;-)

Cena zachęca. Ja za swoje płacę ok 30 zł, ale biorąc pod uwagę ilość użytkowników i zastosowań, a także to na ile czasu starcza to świetna oferta.

Znacie to mydło? A może stawiacie na inne mydła w swojej codziennej pielęgnacji?
Mój hit: Olejek z drzewa herbacianego

Mój hit: Olejek z drzewa herbacianego

Czy warto inwestować w naturalne kosmetyki, półprodukty? Pewnie, że warto. Przede wszystkim dlatego, że to inwestycja warta swojej ceny. Ba, są nawet takie rzeczy za które zapłaciłabym o wiele więcej, byle tylko znalazły się w mojej łazience. I o jednym z takich kosmetyków chciałabym dziś napisać. Olejek z drzewa herbacianego.


Kilka miesięcy temu zaopatrzyłam się w takowy z The Body Shop (recenzja) jednak cena i skład go trochę przekreśliły. Jakie było moje zdziwienie, gdy trafiłam w jednym  z popularnych marketów czysty olejek. Za całego funta (5 złotych to nie majątek przy takiej wydajności!). Od tej pory z olejkiem się nie rozstaję. Mam dla niego trzy szczególne zastosowania, które sprawiają, że w mojej łazience jest niezastąpiony.

Numer 1.
Ulubiony szampon i 3-5 kropal dodanych do porcji. Masuje skórę głowy, na chwilę zostawiam i spłukuję jak zwykle. Dzięki temu zabiegowi włosy są lżejsze i mam wrażenie, że dłużej zachowują "świeżość". Do tego ma świetne działanie w walce z przesuszoną skórą głowy, czy łupieżem. A jako bonus podobno (sama jeszcze nie odczułam) olejek ten przyspiesza wzrost włosów, stymulując krążenie krwi. Grzech nie próbować.

Numer 2.
Kropelka olejku na wypryski, Kiedy tylko pojawia się niechciany gość traktuje go kropelka olejku bezpośrednio na nim. Radzi sobie świetnie. Nie powiem, że w ciągu nocy problem znika, ale zdecydowanie przyspiesz proces gojenia. Z intensywnością i bolesnością niechcianego gościa również sobie radzi. W takich sytuacjach warto go mieć zawsze pod ręką :)

Numer 3.
2-3 kropelki dodane do ulubionego kremu na dzień. Przyjemnie chłodzi i działa jak wyżej, tylko w mniejszym stopniu. Szczególnie dla osób, które myślą, że z trądzikiem wygrają tylko za pomocą dedykowanych temu problemowi kosmetykom. Na własnej skórze przekonałam się, że podstawa to nawilżanie. Dobrze nawilżona skóra nie robi problemów. Olejek dodany od czasu do czasu może zachować w nas poczucie, że jednak "jakoś walczymy". Chociaż powtarzam - nawilżanie najlepszą drogą do wygranej ;)


Olejek z drzewa herbacianego ma również mnóstwo innych zastosowań. Walka z grzybicą, redukowanie nieprzyjemnych zapachów ze zużytych pieluszek, czy walka ze świądem po ugryzieniu owada. To tylko jedne z wielu zastawań. Jak widać warto go mieć zawsze w domu.

Znacie ten olejek eteryczny? A może macie innych ulubieńców?
Kosmetyczny must have - KORUND

Kosmetyczny must have - KORUND

Jeśli miałabym wskazać jeden z moich ulubionych kosmetyków z grupy "tanio i dużo" to bez wątpienia byłby to korund kosmetyczny. Kiedy go kupowałam nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego ile można z niego wyciągnąć i ile on sam może dla mnie zrobić.


O korundzie nie wiedziałam wiele. Tlenek aluminium w postaci bardzo drobnych kryształków. Nawet nie wiedziałam, że ten sam w salonach kosmetycznych jest wykorzystywany do mikrodermabrazji. Wzięłam go, ponieważ potrzebowałam kosmetyku do złuszczania, a bałam się wyjść poza bezpieczną strefę, jaką były kosmetyki już przeze mnie posiadane- zwłaszcza, że byłam na finiszu walki o zdrową cerę bez problemów.
Na pierwsze użycie stwierdziłam "co może taka drobnica" ... i zaszalałam. Moja twarz też, serwując mi po tym wygląd poparzonej. Z następnym użyciem byłam mądrzejsza. I co nieco wyedukowałam się w kwestii korundu. Oczywiście na moje własne prywatne potrzeby.


Od początku drobinki stosowałam z ulubionymi olejami (czarnuszka i tamanu to nadal moi ulubieńcy), albo kwasem hialuronowym. Albo tym i tym. Ilości śladowe, bo chociaż wyglądają niepozornie, to dają sobie świetnie radę. Po takim zabiegu na twarz coś tłustego, dobrze nawilżającego jest najlepszym wyborem- ja w tym przypadku wierna jestem kremowi brzozowemu z botuliną z Sylveco. Zalety? Przebarwienie gdzieś znikają, skóra jest bardziej promienna i nawet pierwsze zmarszczki jakby się spłycały ;) Niewielkim kosztem mam to, co mieć chciałam.
Oczywiście warto dodać, że tak jak w przypadku zwykłego peelingu nie przesadzamy z częstotliwością (1-2 razy w tygodniu to max), ani nie męczymy nim skóry, gdzie akurat COŚ się dzieje.

Nie byłabym sobą gdybym nie szukała kolejnych zastosowań. Cellulit i peeling kawą? Przeżytek, korund do tego świetnie się nadaje. Rozstępy też nie są mu straszne. Wystarczy dodać odrobinę do ulubionego żelu pod prysznic i już mamy gotowego pomocnika w walce z niedoskonałościami naszej skóry.
Sama jeszcze czasem dodaję go do szamponu, aby wykonać peeling skóry głowy. Po zabiegu obficie spłukuje włosy i myję już tak jak zawsze. Jeśli cokolwiek zostało z drugim płukaniem znika.


Wspominałam już o zalecia, jaką jest cena prawda? Ja za swój niekończący się 100 g korund zapłaciłam ok 10 zł. To cena zbliżona do cen peelingów z drogerii. Jednak jest jedna różnica - ten starcza na długo, a poza tym dodając do ulubionych, sprawdzonych kosmetyków nie musimy ryzykować nietolerancją objawiającą się na milion sposobów po użyciu nowego kosmetyku.


Macie swoich tanich, uniwersalnych ulubieńców? Podzielcie się, może odkryję coś nowego :)
EOS - do dwóch razy sztuka

EOS - do dwóch razy sztuka

Dawno, dawno temu, pewnego słonecznego dnia, robiąc zakupy w jednej z internetowych drogerii natknęłam się na wyjątkowe jajo. Zachwyty nad nim spływały do mnie z każdej strony, więc postanowiłam je wypróbować. 

Jednak dni mijały, a moje usta tylko ładnie pachniały. Przyszła zima, ciężki czas i niestety - musiałam czym prędzej jajo zamienić na inny kosmetyk, który był w stanie poradzić sobie z tym, co dzieje się za oknem, a przy okazji na moich ustach. 
O jakim jaju mowa? Jest to balsam do ust marki EOS. Nasze pierwsze spotkanie to totalne rozczarowanie. I mimo, że bardzo chciałam, żeby było inaczej to musieliśmy się pożegnać.


Kilka miesięcy temu ponownie wpadłam na produkt tej firmy i ponownie, nie zrażając się pierwszym wrażeniem, postanowiłam go wypróbować. 
Tym razem zaczęłam od składu. Na moje niefachowe oko nie było do czego się przyczepić, a dodatkowo kilka składników które kojarzyłam bardzo dobrze mnie skusiły (kocham wosk w kosmetykach, podobnie jak olej kokosowy, czy masło shea - a to tylko część dosyć bogatego składu).
Po raz kolejny stałam się posiadaczką zachwalanego na cały świecie jaja. 
Używając regularnie starałam się wyłapać jakiś pozytywny wpływ na moje usta, jednak niestety i tym razem było podobnie jak poprzednio. Balsam nie działał cudów. Moje usta nie były bardziej odżywione, ani bardziej miękkie niż zwykle. Zgaduję, ze 80% balsamów do ust działa w podobny sposób, jednak cena tego jest trochę wyższa niż tych dostępnych w każdym kiosku, czy drogerii. Wydając 20/25 zł na kosmetyk tego rodzaju oczekujemy jednak chociaż minimalnej poprawy partii, dla której jest on stworzony. Ale przyznaje - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu w moje ręce wpadł balsam Tisane z którego jestem baaardzo zadowolona i raczej nie zamienię go na nic innego. A z Eos-a cieszy się moja trzylatka, bo biorąc pod uwagę skład pozwalam jej się czasem nim maznąć i poudawać dorosłą ;)



Znacie ten balsam? Jak wyglądała Wasza przygoda z nim? A możne macie innych ulubieńców w tej kategorii?
wake up, skin! czyli jak zamieniłam się w szopa

wake up, skin! czyli jak zamieniłam się w szopa

Dłuższą chwilę nie pisałam nic nowego, ale wszystko zganiam na przeprowadzkę. A w zasadzie na duży przed-przeprowadzkowy remont. Każda wolną chwilę spędzamy na malowaniu i poprawianiu. To całe zmęczenie zdecydowanie odbija się na mojej cerze. Jednak ja zapobiegawczo podczas zakupów kosmetycznych weszłam w posiadanie maseczki z The Creme Shop o wdzięcznej nazwie "wake up, skin!". Czy moja skóra faktycznie obudziła się po maseczce? I czy ta weszła do grona moich koreańskich ulubieńców?




Zacznę od tyłu, bo od strony wizualnej. Przyznam, że to właśnie przez nią skusiłam się na maseczkę. Chciałam koniecznie wypróbować "zwierzęce", koreańskie maski. Miałam ich kilka do wyboru i tutaj już przy podjęciu decyzji kierowałam się właściwościami.
Wake up, skin! są pakowane po trzy sztuki. Za taki komplet zapłaciłam 5f. W tej cenie dostałam możliwości zamiany w uroczego szopa. Pojawił się tylko jeden, duży minus- przez nadruk maska stała się niewygodna w użytkowaniu. Szop okazał się sztywniakiem, przy którym każdy ruch głową powodował jego przesuwanie i opadanie. Przy tradycyjnych maseczkach tego problemu nie miałam. Podobnie z przyleganiem, niestety nie każda partia skóry przez to skorzystała na właściwościach maski.


kilka chwil walczyłam, żeby ładnie przylegało,a  jak widać po bokach nadal maseczka gdzieś ucieka :(
I tutaj chce przejść do sprawy istotnej- działania. Bo wake up, skin! zadziałało świetnie. Skóra po zabiegu była miła, miękka delikatna, promienna i na pewno obudzona. Myślę, że nie bez znaczenia jest tutaj obecność żelu kokosowego i kwasu hialuronowego. Na prawdę z przyjemnością spojrzałam w lustro.
Nad składem się nie rozwodzę, oczywiście naturalniej byłoby wymieszać zieloną glinkę z ulubionym olejem, co często robię, ale maseczki w płachcie uzależniają. Do tego mnóstwo wyciągów z roślin służących naszej skórze: aloes, szałwia, jania[algi], chrysanthellum indicum[sprawdza się w walce z trądzikiem], kaki, herbata chińska, pigwowiec chiński[wspomaga nawilżenie, zatrzymując wodę w skórze], bylica japońska[pozytywny wpływ na cerę wrażliwą i trądzikową], czy cynamonowiec. Pozostałe składniki nie powinny wyrządzić krzywdy żadnemu rodzajowi cery - są dosyć uszczuplone. Oczywiście znajdziemy tu potencjalnych zapychaczy (jak np, methylparaben, czy butylene glycol), ale gwarantuję że przy niektórych składnikach z natury też jest taka szansa.

Czy kupię ponownie? Raczej nie. Trochę zniechęca mnie to o czym piałam- brak swobodnych ruchów przy używaniu maseczki. Chociaż działanie jest na prawdę warte uwagi. Nie wykluczam, że maseczka znajdzie się awaryjnie w kosmetyczce, tak żeby nadal ratować mnie po ciężkiej nocy.


Stosowałyście już słodkie, koreańskie, zwierzęce maseczki? Macie swoich ulubieńców?
OGX Szampon z mleczkiem kokosowym

OGX Szampon z mleczkiem kokosowym

Właśnie przed chwilą dokonałam czegoś, co w moim przypadku jest niemożliwe- zobaczyłam dno w butelce szamponu. Postanowiłam od razu podzielić się z Wami tą informacją,bo uwierzcie, że jeśli widzę dno w kosmetyku to musi być miłość ;) Tym razem moje uczucia skierowałam w stronę szamponu Organix z mleczkiem kokosowym. Kupowany na szybko, przez kilka tygodni na prawdę umilał mi czas podczas tej rutynowej czynności jaka jest mycie głowy. Moje włosy też nie narzekają, bo w sumie na co?


Skład szamponu jest całkiem niezły, mamy tutaj niewiele substancji konserwujących za to dużo substancji odżywczych, gdzie oczywiście na pierwszy plan wychodzi kokos, który znajduje się wysoko w składzie. Zapach występujący na samym końcu, co też jest dla mnie bardzo dobrym znakiem, bo szampon pachnie pięknie i mam podpowiedź, że to prosto "z natury", a nie z próbówki.
Pieni się nieźle, jest tym samym na prawdę wydajny (sodium c14-16 olefin sullfonate i cocamidopropyl hydroxysultaine niemal na samym początku listy składników). Przez te dwa aspekty organoleptyczne korzystanie z niego staje się przyjemnością.
Oprócz oleju kokosowego w składzie znajdziemy również olej z nasion krokosza (zmiękcza, wygładza, tworzy warstwę uniemożliwiająca odparowywaniu wody), panthenol (kondycjonuje, pogrubia, oraz nawilża włosy, dodaje blasku i ułatwia rozczesywanie), czy proteiny mleka (funkcja zmiękczająca, nawilżająca i wygładzająca). Jestem na prawdę mile zaskoczona, ze w drogerii można znaleźć coś, co prezentuje się na prawdę całkiem przyzwoicie.




Wizualnie prezentuje się bardzo ładnie. Urocza buteleczka, zamknięcie na klik i przyjazna środowisku. Wszystko na plus. 385 ml w Rossmanie kosztuje 35 zł, ale nie uważam tego za wysoką cenę jak za tak wydajny produkt.

Po użyciu szamponu moje włosy są miłe, miękkie i sypkie, a ja bardzo ten efekt lubię. Niestety mimo całych ochów nad składnikami, muszę przyznać że bez późniejszego wspomagacza grzebień z moimi włosami niespecjalnie chce współpracować.
Podczas kilkutygodniowego używania tylko raz musiałam odpuścić używanie, ponieważ skóra mojej głowy bardzo się wysuszyła- jednak mogę zgonić to również na karb zmiany wody. Po peelingu i naturalnym nawilżeniu masłem shea wróciłam do OGX i wszystko wróciło do normy, a ja więcej takich przygód nie miałam.
Jak wspominałam na początku dziś skończyła się moja buteleczka. Czy kupię następną? Z miłą chęcią, jednak pozytywnie zaskoczona tą firmą chciałabym spróbować również innych wersji.

Znacie firmę Organix? Korzystałyście z ich produktów? Jesteście fankami "dobrych składów", czy lubicie w swojej pielęgnacji silikony?
Maseczki w płachcie. Koreański towar eksportowy ;-)

Maseczki w płachcie. Koreański towar eksportowy ;-)

Po lekturze książki o sekretach urody Koreanek ja również wpadłam w pełen zachwyt nad kosmetykami koreańskiego pochodzenia. W ten sposób kilka tygodni temu zaopatrzyłam się w zapas różnych masek w płachcie. Wszystkie oczywiście prosto z Korei. Ślimacza maska od Mizona (ok 10zł), Ginseng ze SkinFood (ok 2f.) i cała seria Juice z Holika Holika (ok 8zł/szt).

Z każdą z tych masek współpracowało mi się bardzo dobrze. Wszystkie, bez względu na firmę, wyglądały tak samo. Były też identycznie mocno nawilżone. To, co zostawało w opakowaniu z powodzeniem posłużyłoby kolejnej maseczce. Ja wykorzystywałam to na inne partie skóry ;)


Zacznę od serii Juice z Holika Holika - ją udało mi się sprawdzić w całości. I niemal w całości jestem zadowolona. Czego na pewno nie można odmówić maskom? Zapachu. Każda pachnie tak, że te kilkanaście minut z nią spędzone stają się przyjemnością. Na 7 maseczek do 2 na pewno wrócę, a nad 2 kolejnymi mocno się zastanowię. Ale zacznę może od tych, które były miłe, ale jednak to nie to.
Drzewo herbaciane, aloes i pomidor. Myślałam, że na mojej skórze, która lubi być problematyczną zrobią jakieś rewolucje. Pozytywne rewolucje. Jednak nie zauważyłam żadnego efektu wow. I o ile uwielbiam maskę rozjaśniającą z pomidora od Tony Moly, tak tutaj miłość się pojawiła. Efektów specjalnych też brak. Niedoskonałości pozostały, ślady pozostały i niezadowolona skóra też za wiele nie skorzystała.
Dwie nad którymi jeszcze pomyślę to borówka i granat. Obie miały za zadanie działać nawilżająco i przeciwzmarszczkowo. I o ile ze zmarszczkami wielki problemów jeszcze nie mam, tak uważam że dobre nawilżenie to podstawa. A tutaj muszę przyznać, ze radziły sobie całkiem nieźle. Może przy regularnym ich stosowaniu zniknęłyby też wszystkie pierwsze zapowiedzi zmarszczek? Właśnie to jest warte przemyślenia.


I teraz moje hity od Holika Holika - mango i miód. Nawilżanie, rozjaśnianie, działanie przeciwzmarszczkowe to wszystko nic w porównaniu do najważniejszego działania - odświeżenia skóry. Obie maski sprawdziły się idealnie w kryzysowych momentach, co sprawia, ze znajdą się w mojej kosmetycznej apteczce. Miód uratował mnie po ciężkiej nocy, za to mango zrobiło cuda z moją cera po dwudniowym weselu. I właśnie na takie efekty liczyłam, kupując te maski.


Kolejną firmę jaką jest Mizon poznałam już dzięki jego słynnemu kremowi ze śluzem ślimaka. I chociaż do tego na początku nie zapałałam miłością, a nasze stosunki teraz są po prostu poprawne to z maską postanowiłam zaryzykować. I było warto. Śluz ślimaka w duecie z kwasem hialuronowym potrafią zdziałać cuda. Nawilżenie i napięcie były zdecydowanie najlepszymi efektami tego zabiegu. I chociaż nazwa i opis sugerują, że maseczka jest dla skóry dojrzałej, to ja stojąc w opozycji mówię "lepiej zapobiegać, niż leczyć" ;-)


Ostatnia maska do której nie wrócę, bo chyba nie zrozumiałam jej działania, to maska od SkinFood. Miało być mega nawilżenie, była po prostu przyjemna skóra. Żeńszeń na mnie nie zadziałał, ale cieszę się, ze spróbowałam.


A jaki Wy macie stosunek do koreańskich maseczek w płachcie? Macie swojego ulubieńca?
Organiczny olej arganowy od Simple Argan (y)

Organiczny olej arganowy od Simple Argan (y)

Od kiedy przekonałam się, że do cery tłustej najlepsze będą "tłuste" olejki, stałam się ich fanką. Na prawdę wiele im zawdzięczam. Olej tamanu i czarnuszka niejednokrotnie mnie ratowały. Jednak tym razem to nie one wskoczyły na podium.

Olej arganowy znałam z wielu kosmetyków. Zazwyczaj kiedy się pojawiał w składzie to kosmetyk taki okazywał się małym hitem. Dlatego postanowiłam dać mu szansę na występ solo.
Po przetestowaniu próbek olejku marki Simple Argan skusiłam się na jego pełną wersję. I z wyboru jestem bardzo zadowolona.
Chyba wszyscy, a jeśli nie wszyscy to zdecydowana większość z Was, o olejku arganowym słyszała. Przypisuje się mu wiele właściwości: działa regenerująco, ochronnie, wzmacniająco, pielęgnująco. Można by tak wymieniać w nieskończoność. I chociaż jest jednym z droższych olejków warto mieć go w swojej kosmetyczce z kilku powodów.


Pierwszy z nich i dla mnie najważniejszy, przez który skusiłam się na zakup to jego wpływ na naszą cerę. Dla osób z problemami może okazać się bardzo pomocny. Spłyca zmarszczki i pomaga w regeneracji i gojeniu ran, także tych potrądzikowych. Dla mnie już samo to jest wystarczającym powodem, żeby powiedzieć mu tak.
Druga sprawa to nieźle działa w duecie z podkładem mineralnym. Mieszając te dwa ze sobą otrzymuję płynny podkład, o prostym składzie i właściwościach pielęgnacyjnych. Nie warzy się, nie roluje, dodaje lekkiego rozświetlenia, które można zniwelować pudrem transparentnym (jak zwykle banalny skład Jadwigi, sprawia że to tego pudru używam najczęściej) . Więc olejek arganowy simple+podkład mineralny annabelle=❤ 
Po trzecie zbawienny wpływ na skórę. Ostatnio wspominałam, że od balsamów nie wymagam cudów, mają ładnie pachnieć, a nawilżania dostarczy mi inny produkt. I właśnie ten olej należny do tych produktów. Mało, ze nawilża to jeszcze ma działanie ujędrniające. Czego chcieć więcej?
Czwarty i piąty powód to włosy i paznokcie. Włosy wzmacnia i odżywia, pomaga w walce z łupieżem. Zresztą trzeba się samemu przekonać. A paznokcie? Dla nich olej arganowy jest idealnym ratunkiem po hybrydzie, wzmacnia płytkę, pomaga zmiękczyć skórki.


Od strony technicznej: olejek znajduje się w eleganckiej (tu 50ml) szklanej buteleczce. Wydobywany jest za pomocą pompki, która służy całkiem nieźle i dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Konsystencja olejowa, zapach nie drażni - dla mnie jest wręcz średnio wyczuwalny.

Osobiście uważam, że jest to produkt do zadań specjalnych wart swojej ceny. Przysłuży się wszystkiemu, więc zakup staje się niezła inwestycją.
Jestem zdziwiona, że wcześniej całkiem nieświadomie olejek arganowy omijałam. Za to teraz nadrabiam i uważam, że może on okazać się jednym z moich hitów w jesiennej pielęgnacji.


A Wy znacie jakieś olejki godne polecenia? Lubicie je w ogóle w swojej codziennej pielęgnacji?


Zapraszam również do wzięcia udziału w małym konkursie, który znajdziecie
Skarpetki nawilżające, czyli rozpieszczamy stopy

Skarpetki nawilżające, czyli rozpieszczamy stopy

Każdy kto odwiedził Anglię odwiedził tutaj również jeden z najpopularniejszych sklepów potocznie zwanym funciakiem. A kto nie był już wyjaśniam- jest to sklep, gdzie kupicie i mydła i powidła, a to wszystko za całego funta.
Bardzo lubię tam zaglądać, ponieważ można trafić na prawdziwe perełki. Szampony marek takich, za które w Polsce przychodzi zapłacić od 20 zł w górę. Firmy z kolorowymi kosmetykami, które w Polskich drogeriach są uznawane już za wyższą półkę. Słodycze, chemia, elektronika, artykuły papiernicze. I to wszystko kosztuje tyle samo. Warto jeszcze dodać, że często na tych produktach spotkać można polskie napisy, ale nie o tym chciałam.

Bardzo lubię odwiedzać funciaki.  Można tam znaleźć na prawdę niezłe produkty. Raz na jakiś czas organizuje taką wyprawę i buszuję miedzy półkami, przerzucam mnóstwo opakowań z kosmetykami, żeby upolować coś ekstra. To stamtąd pochodzi mój ulubiony, niezawodny i uniwersalny czarny cień z MaxFactor-a. W ostatnim miesiącu też wpadłam na kilka rzeczy, o których wypróbowaniu myślałam. Dziś przybliżę jedną z nich, a z dwoma które czekają na podsumowanie Was tylko zapoznam.


Skarpetki nawilżające z woda kokosową i masłem shea


Już kilkukrotnie wspominałam, że jestem fanką masła shea w codziennej pielęgnacji. Naturalne, nierafinowana masło shea nakładam na twarz niczym krem, smaruje nim ciało i pomaga mi dbać o paznokcie. Kiedy zobaczyłam ten produkt na półce postanowiłam więc go sprawdzić.
Skarpetki (chociaż jak ich bym tak nie nazwała) są zrobione z folii. W środku znajduję się zamocowany materiał nasiąknięty kosmetykiem właściwym. Zapach nawet przypomina ten kokosowy. Jako, że folia po nałożeniu jest dosyć śliska najlepiej zabezpieczyć ją dodatkową, tradycyjną skarpetką. A później pozostaje czekać 15-20 minut na efekty. Producent ostrzega, że może się przytrafić pieczenie, swędzenie i różne inne nieprzyjemne objawy, ale na szczęście mnie to ominęło. Spędziłam kilka chwil dłużej niż zalecane i nie działo się nic, ale wiem, że różne skóry reagują różnie.

Po zdjęciu moje stopy były miłe, gładkie a zgrubienia, które tworzą mi się od wierzchu tuż przy kostce (skaranie, wygląda jakbym miała brudna nogę) zniknęły. Efekt utrzymuje się nadal, chociaż minęło już kilka dni. Co prawda trochę wzmacniam go kremem na bazie olejku z drzewa herbacianego, ale i tak jak na kosmetyk za tą cenę radzi sobie całkiem nieźle. Myślę, że taki zabieg raz w tygodniu może na prawdę dobrze wpłynąć na stan skóry stóp, a że cena nie jest powalająca to można sobie na niego pozwolić. No i dużo daje myśl, że jednak coś dla siebie się robi ;-)

Co później?



Obiecałam, więc pokazuję. Kolejne dwa produkty "funciakowe" to tonik Pantene wspomagający walkę z wypadającymi włosami i kuracja arganowa w ampułkach. Niedługo postaram się napisać o nich coś więcej.

A czy Wy znacie te popularne sklepy? Czy chcecie poznać więcej "perełek" za grosze?







Przypominam o małym konkursie, gdzie zdobyć można fajny zestaw kokosowych kosmetyków ;)


Oddam w dobre ręce ;-) KONKURS

Oddam w dobre ręce ;-) KONKURS

Jakiś czas temu skusiłam się na kosmetyki z oferty sklepu Whish. Prezentowali się całkiem nieźle, więc skusiłam się na zestaw trzech produktów: żelu pod prysznic, masła do ciała i kremu do golenia (to podobno ich flagowy produkt) . Przy zamawianiu pamiętałam również o Was, ale to za chwilę ;)

Wszystkie trzy kosmetyki spełniły moje oczekiwania. Generalnie ani od balsamów, ani od żeli pod prysznic nie wymagam cudów - maja ładnie pachnieć. Nawilżania zazwyczaj szukam w innych miejscach. Tak więc zapach jest i to jaki. Po użyciu masła skóra jest delikatna, aksamitna i pachnie pięknie, ale wcale nie nachalnie. Zapach utrzymuje się dosyć długo, co jest dla mnie nowością, bo większość balsamów mi tego nie oferuje, przynajmniej ja nie miałam przyjemności takiego używać. Żel pod prysznic ma formę żelo-kremu i całkiem nieźle się pieni co czyni go wydajnym. O zapachu wspominać chyba nie muszę.








I teraz największe zaskoczenie - pachnący krem do golenia. Konsystencja masła, obłędny zapach i sporo nawilżenia. Dla mnie to również nowość w produktach tego typu, bo tu producenci raczej nie skupiają się na aspektach zapachowych, podobnie jak na zachowaniu skóry "po". W przypadku kremu od Wisha wydaje mi się, że jest inaczej. Skóra zostaje gładka, bez podrażnień. Nie ma tez dławiącego, chemicznego zapachu. W składzie mamy zieloną herbatę, masło shea, olej kokosowy, olej jojoba. Zero parabenów. Wszystkie składniki pielęgnujące znajdują się dosyć wysoko w składzie, więc to też o czymś świadczy. Poważnie zastanawiam się nad wypróbowaniem innych opcji zapachowych, bo chociaż cena nie należy do najniższych to nie jest to rzecz kupowana co tydzień ;-)

A czy Wy macie kosmetyki, które okazały się bardzo pozytywnym zaskoczeniem?

NIESPODZIANKA!


A czy Ty chcesz wypróbować kokosowy zestaw (więcej o nim TUTAJ)? Jeśi tak to wystarczy, ze zostaniesz publicznym obserwatorem i podpowiesz mi jakie treści i dlaczego podobają Ci się najbardziej ;-) Dwa zdania to chwila, a dla mnie okaże się na prawdę pomocne!
Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz grafikę konkursową, albo zalajkujesz stronę na fb ;-)
Czas : 27.09.16 do końca dnia. Zwycięzca będzie wyłoniony w ciągu 5 dni.






Regulamin:
Czas trwania: 8-27.09.2016
Nagrody: Zestaw kosmetyków Whish

Sponsor: Właściciel bloga bypatrycjja
Dla kogo konkurs: dla publicznych obserwatorów bloga bypatrycjja.blogspot.com
Zasady: aby wziąć udział należy być publicznym obserwatorem i wskazać najlepsze swoim zdaniem wpisy na blogach (uzasadnienie będzie dodatkowym atutem)
Zwycięzca zostanie wyłoniony przez Organizatora. Nagroda będzie wysłana na koszt Organizatora w ciągu 7dni od  kontaktu ze zwycięzcą. Zwycięzca zostanie poinformowany o wygranej na blogu, oraz w prywatnej wiadomości email. Informacji zwrotnej tj. danych potrzebnych do wysyłki Organizator spodziewa się max 3 dni od ogłoszenia wyników.
Copyright © 2014 what's on your mind? , Blogger